09 marca 2012
żeby nie było sytuacji, w której odwiedzamy się i witamy krótkim, zdawkowym pocałunkiem. pijemy coś przy stole kiedy zwyczajnie, ten stół pomiędzy nami staje niczym przepaść. wówczas mówimy sobie nieodwracalne rzeczy. gorzej, kiedy nic nas nie dzieli i rozmawiamy w ten sposób w łóżku, przylepieni do materaca, który ma za zadanie wyhamować upadek. po prostu jakbyśmy spadali w przepaść, zresztą nawet wtedy spoglądamy sobie w oczy mówiąc te nieuchwytne prawdy w mgnieniu powieki. znowu te twoje żaluzje. potem szrama za szramą, mocne silne ciosy w obronie czego i świt rozległej ciszy zamarłych wspomnień. moment zwłoki. wielki restart. dziś nietrudno o te informatyczne skojarzenia. sorry za wszystkie errory, powiedziałbym gdyby to było choć odrobinę w moim guście. kiedy pustka w rękach okazuje się stanowić najcenniejszą naukę. ukochaj pustkę.
04 marca 2012
17 stycznia 2012
obiecadło cacadło
Na linach notatnika przeciągam pojedyncze słowa nie chcąc naprężać ich ciężarem kotwic zdań. Krótkie pytania o conditio lingua przynoszą twarde spacje białego milczenia. Spór o granice języka powiewa trzepocząc w głowie gonfalone, pod którym salutują rzędy wychudzonych znaków - grafemów wytatuowanych czarnym tuszem - co typograficzny wstyd próbują osłonić koszulą z tektury okładek.
28 listopada 2011
W poniedziałek zdzwoniliśmy się na krótką chwilę i byliśmy dla siebie uprzejmi. Kilka razy wyszedłem z domu, ponieważ musiałem, było po co, trzeba było zarobić. W tym czasie barmanka, którą ledwie znam zaczęła pisać do mnie sms-y. Ma węgle w oczach i mocny, elektryczny ładunek w perlistym uśmiechu jaki pasuje do kobiety o dekadę mądrzejszej. Pomimo tych niezwykle cennych przymiotów odstraszyłem ją kłamstwem (a może to była prawda) o smaku piołunówki.
28 września 2011
kif
Okna. Okna w samolocie. Przeciągam przez zęby nić. Hamuję płytkim wzrokiem odbicie w lustrze, spluwam. Zakładam platynowe spinki do mankietów i dopiero mogę się odlać. Poranna toaleta. Okna w samolocie. Ślepa szwaczka na szczycie góry plecie monstrualny szalik kłamstw. Liczby, modele, statystyka, wytworzyły subtelny rodzaj matematycznej inteligencji. Nanizani na pręty liczydła, drewniane kule w maszynie losującej szczęście i pecha. Wkładam wypastowane buty, dopiero później do tostera kromki. Horacy mnie wkurwia z czego nie zamierzam się nigdy tłumaczyć. Zawołaj ojca, niech nastawi samowar. Przyniosę kif, tytoń i imbir. Po śniadaniu głaszczę swój portfel, jest z miękkiej skóry i pachnie moim pierwszym milionem na komunię. Okna w samolocie. Z nich nie widzę, że za ogonem niebo smużę.
22 września 2011
zapytaj kurzu
Słabo słyszę. W dzisiejszym śnie twoja matka opiera mokre policzki o moje chude ramię i milczy. Jest w niej dużo z ciebie, którą zapominam. Przez odbicie w lustrze toaletki patrzy mi w oczy tak, że robi mi się słono w gardle.
Jutro jadę do sąsiedniego miasta.
Słabo słyszę. Niedowidzę. Pamięć izoluję mocną szkotką.
Jutro jadę do sąsiedniego miasta.
Słabo słyszę. Niedowidzę. Pamięć izoluję mocną szkotką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)