02 listopada 2010

pan mak

Końcem cyrkla wydrapujesz w lakierze.
Dziurę. Pod którą jeszcze pięć kolejnych warstw, a każda odłamuje się z podobnym dźwiękiem.

Kiedy się zbliżam to jak do firanki, przez której tiule przenika każde słowo. Dotyk mój opływasz nurtem zwiewnych poruszeń.

Mówię jakbym celował słowami, że wiem kiedy otworzyć usta i jak szeroko. Nie panuję jednak nad jeziornym wzrokiem i summa summarum jestem wariatem, który wierzy gorzej niż w boga.

Najlepiej wychodzi mi w tej chwili życie na dziesięć minut przed zaśnięciem. Rozumiem wtenczas świat marzeń, że liczy się tylko moment, który chciałbym by był ostatnim.
Mogę tak patrzeć ci w potylicę do samej śmierci.
To czym cię poiłem w sekrecie - obnażone wydaje się rozlane cienką kałużą połyskującego lakieru.

Miasto oddycha. Gdzieś gdzie sobie to wyobrażasz jest wszystko dla ciebie, skrojone na miarę, wytaliowane dopasowanie rzeczywistości i marzeń. Tu jest tylko to co widzisz.
W tajemnicy poliszynela pachnącej mężczyzną i gorącą kąpielą.

Szczekam raz bez echa, głucho.
Jesień, od kilku lat po raz kolejny nie widziałem jarzębiny.
Mechanika nieba tłumaczy to wszystko pewnym chronicznym, chronologicznie zapętlonym schorzeniem, które ze względu na nietypowe zakotwiczenie trudno jest obserwować.

Dalej. Pod podszewkę marynarki wszyłem Esperal i aż mnie szarpie. Księżyc pokazał mi monopośladek, a pomimo tego.
Jeszcze czasem, kiedy wierzchem stopy przeciągam po łydce i naciągam mięsień, wtedy właśnie - jestem piękny.
Najlepszy.

04 października 2010

* * *

najdroższe kujące igliwie pachnące
punktujące puls krwi gorącej
w poduszce tętna utkwione
chodź

noc zimnym światłem
dociska srebrne skronie

zawijam się jamnik w nagi piękny sekret
bardzo ostry węchem
nosem wilgotnym
śniący równolegle
sen psa gończego i lisa






02 października 2010

28 września 2010

rakieta z Rouen

Pani Bovary to Gustaw Flaubert.
Szczwaniaka kiedyś powiedział, że nie musi być jajkiem na patelni, by móc opisać jajecznicę.
Tym razem zadecydował zupełny przypadek kiedy sięgałem po jego "Trzy opowieści".
Ciężkostrawna uczta zapośredniczenia.
Czuję się stylistycznie nafaszerowany.
Pomimo tego sięgam po Kuszenie świętego Antoniego.

21 września 2010

Fruwając ponad chłodnikami


Zostawiam plamę z popiołu i kawy na blacie.
Fotografuję talerz po zupie, którą jadłem dziś o czternastej.
Intensywny kolor lodów jagodowych. Nie pamiętam jej smaku, tylko
Łyżkę ugiętą głową w smukłej zmęczonej szyi,
Przez którą byłem zmuszony manewrować 
Pod nietypowym kątem.

Później, ale to potem. Zrobiłem zdjęcie ciebie w kapturze.
Padał deszcz niebo natrysk. Ostre kreski siekanej wody.
Stałeś z wywalonym z lewego najka językiem i próbowałeś.
Usiłowałeś zadzwonić do dziewczyny o lisiej twarzy.
Pachnącej agrestem i mokrą dżinsową kurtką.

Ciągle szukaliśmy jej
Rojąc ikony i segregując klisze.





25 sierpnia 2010

Przełożył sierpień lipiec przez kolano, nadał mu jak radio po czym klaps nie pasem - dłonią.
Noce wypełniał suchy szelest spopielonych płuc i sporadyczne pijackie nawoływania toczące się przez ulicę.
Od kiedy robię to sam, śpię w skarpetkach. Powołane na zastępstwo w walce z hakiem.
Między sierpniem, młotem a kowadłem.