01 maja 2011

Hektor Lucyna

wszedłem sobie w zdanie argumentem
przejęty krasnal małe ego klaszcze
w dłonie fiknąłem kozła ofiarnie oczami
zgrywając fiksy zupełnie jak przy goleniu pindola
święty ubaw małpy w Jaipurze
b a r d z o poważne sprawy czesanie ścieżek
nie wyrzucaj bluz z kapturem tam tkwią wszystkie
myśli zza ucha ty znasz skoro kot to ty
gdy robię palcem tam i między
oczami skronie oka kąciki składają nożyce

figaro z prawem do pierwszej nocy

18 marca 2011

kuszeta


Pociąg się spóźnia. To na pewno samobójca rzucił się pod tory. Od tygodnia pada deszcz, a nad miastem ciążą ołowiane chmury. Synoptyka daje się wszystkim we znaki, mnie również. Jeżdżąc autem wkurwiam się na wszystkich kierowców. Chodząc pieszo irytuję się na pieszych, psy i odmarzające stolce. Wydaję więcej pieniędzy na słodycze i kawę, słucham muzyki fortepianowej.
Czekając na pociąg środkuję emocje i rozgrywam partię szachów w telefonie. Przegrywam z trudnym poziomem trudności, chowam telefon, wyjmuję papierosa. Rozglądam się. Normalni ludzie. Elementarna homogeniczna grupa pracujących, młodzieży i emerytów. Zupełnie niefotogeniczny zbiór twarzy schowanych pod wiatą z plastiku.
Odchodzę na wysepkę wysuniętą daleko poza peron na jego tyle, przekraczam białą linię i staję nad torami. Widzę tam porzuconą strzykawkę, truchło gołębia i wyblakły papierek po lodach śmietankowych, a dalej żwir i trakcja. 
W tym momencie zrywa się ciepły silny podmuch. Krople deszczu przybierają na wadze i lepkości.
Stawiam kołnierz, ręką zakrywając zapalniczkę odpalam papierosa. Wiatr i deszcz tworzą ścianę gęsto zlanego bogatego w szcegóły szumu. W tym dźwięku chwytam syntetyczny szelest. Czuję, że ktoś za mną stoi. Odwracam się  i widzę siebie w ortalionowej fioletowej kurtce z tygodniowym zarostem na twarzy.
Ja w ortalionie pytam się siebie w płaszczu czy mam ognia. Odpalam sobie papierosa myśląc, czemu ja nie mam ognia. I obserwuję swoje zaciśnięte na filtrze usta i rzęsy na zmrużonych powiekach, małą bliznę na skroni w kształcie trójkąta której nie znam. Mam dziwny głos. Patrzę sobie w oczy kiedy zaciągamy dym i jakby nigdy nic odwracam się by patrzeć w dal jak pies nosem wciągając wiatr.
Z oddali nadbiega dźwięk syreny zwiastujący przyjazd pociągu. Nie ma mnie tam. Rzeczywiście. Skład przyjeżdża powoli wtaczając się na stację. Ludzie wsiadają szybko chcąc zająć wolne miejsca. Z oporem ruszam przed siebie by do nich dołączyć. Po tym krótkim spotkaniu ze sobą jestem ciekaw, a od jakiegoś czasu nie czułem ciekawości. Chmury, ruszyły z miejsca. Wiatr wyraźnie przesunął je na północ. Tam dokąd odjeżdża pociąg. Skoro tak, może zostanę, zresztą nie widziałem się, żebym wsiadał do środka.


08 marca 2011

szczerze.
szukając skutecznego środka terapeutycznego odkryłem,
że najlepiej działa na mnie Kate Bush.

02 lutego 2011

Lubisz wyobrażać sobie las i jego zapach. Z ręką w majtkach gapisz się w pustą framugę. Kiwasz niemrawo dużym palcem lewej stopy. Być może właśnie wysyłasz sygnał w kosmos. Parę razy właśnie w ten lub podobnie bezwiedny sposób odebrałem kilka wiadomości. Nie mówiły nic specjalnego. Kilka bezużytecznych rad dotyczących pielęgnacji roślin. Innym razem były to myśli jakiegoś szwajcarskiego kucharza, nie znam francuskiego, ale udało mi się przechwycić jego irytację tym, że komuś  nie smakowało jego danie. Sam nie wiem po co o tym wspominam, ale niekontrolowana myśl o potędze wszechświata sprawia, że mam ochotę wyłyżeczkować kiwi i granat.



18 stycznia 2011

inicjacyjny akcent reportera komercyjnej stacji rozlega się z głośników kineskopowego telewizora uzbrojonego w antenę naziemną / skurczona i półsucha przysadka starej kobiety zaczyna ślinić się hormonami podekscytowania / gruby ratler siedzący na jej spuchniętych kolanach dyszy ospale trawiąc gotowanego kurczaka z rozgotowanym ryżem  / czas płynie wolno / listonosz z emeryturą nadejdzie wkrótce w kurtce podszytej zapachem śmieci palonych w piecach i wiatrem zimnym co wyrywa kit ze szpar w oknach na klatce

02 grudnia 2010

od niedzieli

wszystkie delfiny noszą białe kołnierzyki,
a ty i ja postanowiliśmy znów łamać gnaty.

odkąd siwieję nie myślałem, że to zrobimy.
tak mało piję, aż niewiarygodne.

wczoraj, habibi, paliłem świece w intencji inercji.
tylko nie interpretuj.

02 listopada 2010

pan mak

Końcem cyrkla wydrapujesz w lakierze.
Dziurę. Pod którą jeszcze pięć kolejnych warstw, a każda odłamuje się z podobnym dźwiękiem.

Kiedy się zbliżam to jak do firanki, przez której tiule przenika każde słowo. Dotyk mój opływasz nurtem zwiewnych poruszeń.

Mówię jakbym celował słowami, że wiem kiedy otworzyć usta i jak szeroko. Nie panuję jednak nad jeziornym wzrokiem i summa summarum jestem wariatem, który wierzy gorzej niż w boga.

Najlepiej wychodzi mi w tej chwili życie na dziesięć minut przed zaśnięciem. Rozumiem wtenczas świat marzeń, że liczy się tylko moment, który chciałbym by był ostatnim.
Mogę tak patrzeć ci w potylicę do samej śmierci.
To czym cię poiłem w sekrecie - obnażone wydaje się rozlane cienką kałużą połyskującego lakieru.

Miasto oddycha. Gdzieś gdzie sobie to wyobrażasz jest wszystko dla ciebie, skrojone na miarę, wytaliowane dopasowanie rzeczywistości i marzeń. Tu jest tylko to co widzisz.
W tajemnicy poliszynela pachnącej mężczyzną i gorącą kąpielą.

Szczekam raz bez echa, głucho.
Jesień, od kilku lat po raz kolejny nie widziałem jarzębiny.
Mechanika nieba tłumaczy to wszystko pewnym chronicznym, chronologicznie zapętlonym schorzeniem, które ze względu na nietypowe zakotwiczenie trudno jest obserwować.

Dalej. Pod podszewkę marynarki wszyłem Esperal i aż mnie szarpie. Księżyc pokazał mi monopośladek, a pomimo tego.
Jeszcze czasem, kiedy wierzchem stopy przeciągam po łydce i naciągam mięsień, wtedy właśnie - jestem piękny.
Najlepszy.

04 października 2010

* * *

najdroższe kujące igliwie pachnące
punktujące puls krwi gorącej
w poduszce tętna utkwione
chodź

noc zimnym światłem
dociska srebrne skronie

zawijam się jamnik w nagi piękny sekret
bardzo ostry węchem
nosem wilgotnym
śniący równolegle
sen psa gończego i lisa






02 października 2010